Zdziecinnieć mi się chcę

Dziś mam ochotę znów stać się dzieckiem.

Odrzucić dorosłość,wszelkie konwenanse, obowiązki,pracę,rozsądek.

Chcę nie brać odpowiedzialności,nie podejmować decyzji.

Nie chcę za coś odpowiadać,nie chcę zbierać konsekwencji swoich czynów.

Nie chcę musieć się starać i pracować nad relacjami z innymi.

Chcę zaszyć się w kącie i robić tylko to na co mam ochotę! Nie pilnując godziny, nie przejmując się tym czy coś wypada czy nie.

A potem? A potem chcę być bardzo kochana. I bardzo tulona. I chcę by ktoś mnie chwalił i docenił to co robię. Żeby powiedział,że będzie dobrze- że humor znów powróci,że życie znów będzie cieszyć,a problemy przeminą. Że będzie łatwiej. Że się uda.

Tego chcę. Tak bardzo, okropnie mocno.

Zegar bez większego sensu

Dzień,noc,dzień,noc.

Potem znów dzień i kolejna noc.

Tik,tak,tik,tak. Płynie czas. Zawsze płynął i płynąć będzie.

A gdzie w tym ja? Czy jestem w tym ważna? Jestem bierną tarczą zegara,która pozostaje niezmiennym tłem,z którego wszystko da się wyczytać?

A może jestem wskazówką idącą wciąż naprzód, jednak idącą tak jak dyktuje jej mechanizm,na który ona nie ma wpływu?

A może jestem częścią mechanizmu,małą zębatką, bez której całość nie działa.

Czym jestem dla świata?

Czy zegar poczułby gdybym przestała istnieć? Czy gdybym zaszyła się w kącie i poddała się gryzącej mnie rdzy czy ktoś by stracił?

Tik,tak. Dzień po dniu.

A ja mam coraz więcej momentów kiedy nie mam na nic ochoty. Kiedy nic mi się nie chce. Kiedy codzienność traci na wartości. Kiedy chcę by dzień przemijał. I kolejny. I następny. A ja bym po prostu była. Po prostu była,nie będąc jednocześnie. Byla tarczą zegara- widoczna,ale nie wpływająca na funkcjonowanie mechanizmu.

Żywy cień.

Od kiedy stałam się tak…marudna,nieobecna,płaczliwa,niewiedząca,nieczująca i….zdechła.

Byle by dzień zleciał. Byleby się już skończył. Ale po co? Do czego to prowadzi?

Czuję się tak okropnie osamotniona. Czasami już nie chcę być dorosłym. Chcę znów być dzieckiem. Chcę by ktoś mnie przytulił,ukochał,zaopiekował się mną. By powiedział,że będzie dobrze. Że jestem wartościowa i ważna. Że jestem najważniejsza dla tej osoby.

Czuję się jak bezwartościowy śmieć.

Bezwartościowy,zbędny,niedziałający,zepsuty trybik. Do wyrzucenia.

Tik tak

Dzień po dniu

Byleby wiedzieć dokąd iść. I po co.

Zaopiekuj się….mną?

Zamykam się. Zamykam się choć nie dlatego żeby nikt nie zauważył tego co mnie trapi. Tak naprawdę mocno się zamykam by inni zobaczyli jak mi ciężko. Jak jestem zmęczona. Trochę zagubiona. Niezaopiekowana.

Ktoś z mojego otoczenie chudnie. Bardzo mocno i gwałtownie. Brzydko chudnie. Nierealistycznie. Koślawo. Pierwsza myśl.

Anoreksja.

I co pojawia się w mojej głowie? Obawa i troska o tą dziewczynę? Też. Trochę.

Ale bardziej czuję….niezadowolenie. Że to nie jestem ja. Że ja stoję w miejscu. Nie chudnę. Nie staję się mniejsza. Nie mam luźniejszych ciuchów. Nie zwracam na siebie uwagi. Nie znikam. Nie przestaję jeść.

I….tu pojawia się pocisk rozpraszający te toksyczne myśli.

Dlaczego??? Dlaczego Michalina chcesz tego wszystkiego?? Chcesz umierać?? Znowu?za mało Ci było umierania??? Ile razy nie miałaś siły gdzieś wychodzić? Ile razy kręciło Ci się w głowie? Ile razy łomotało Ci serce o chudą klatkę piersiową?? Ile razy mialaś poobcieraną skórę tam gdzie przez skórę widać było tylko kości???

Co takiego fajne jest w umieraniu,że komuś wstrętnie tego zazdrościsz???

Troska….szepcze nieśmiało 5 letnia Michasia.

Bo troska oznacza dla mnie miłość. Pokazuje,że jestem wyjątkowa,bo trzeba o mnie dbać i się martwić.

Bo troska przyciąga uwagę. Każe myśleć o mnie i interesować się mną.

Bo troska zrzuca ze mnie odpowiedzialność. Znów jestem dzieckiem,któremu trzeba pomóc i któremu wybacza się błędy.

Przestałam umierać. Troska nie jest już do mnie niezbędna. Bez tego jestem dorosłą,która sama o siebie musi zadbać.

Sama.
Zadbać.
Sama.
Troska?

Cisza myśli wypełniona klikaniem

Tydzień choroby, leżenie w domu. Czas na relaks,czas na powiedzenie sobie „stop”, na zwolnienie tempa,zredukowania własnego biegu na dwójke,a najlepiej na zaciągnięcie ręcznego i luuuuuuuuz.

Nie dowierzam ile myśli może się wykrystalizować w czasie gdy się o tym nie myśli! Ile rozwiązań rodzi się gdy ich wcale nie szukamy! Ile dobrych przemyśleń przebija się na oblodzonych,oszronionych bruzdach naszego mózgu-wtedy gdy ich nie oczekujemy.

To takie proste. Przestań myślec,przestań roztrząsać,przestań wyliczać,przestań kalkulować,analizować,przetwarzać,kartkować,szukać,doszukiwać,przeszukiwać,przekręcać przewiercać,przewracać i wracać i wracać i wracać.

Przestań. I to nie tak,że to TRZEBA zrobić. Tylko,że MOŻNA przestać. Można samemu tak zadecydować.

A gdy nagle okaże się,że umiesz to robić,że o dziwo tak się naprawdę da-, to nagle znów czeka Cię niespodzianka.

Klik klik kliiik!

Słyszysz? To elementy układanki trafiają na swoje miejsca. A ten dźwięk? To zębatki zepsutej maszyny znajdują właściwą zapadkę i znów i znów i znów…aż w końcu mechanizm rusza.

Niesamowite. Czasem ma się tyle problemów, a raczej tyle ” problemów”,że już nie wie co ma się zrobić (cudzysłów rozróżnia naturalne probkeny od tych przetworzonych i stworzonych przez nasze głowy.)

PANIE I PANOWIE DOMOWE PRZETWORY! W SŁOICZKACH Z FIKUŚNĄ NAKLEJKĄ- 100 GR PROBLEMU NA 100 GRAMOWY SŁOICZEK! TYLKO UUUU NAAAAS!

Tyle „problemów”,że łatwiej jest iść w innym kierunku złych,brzydkich myśli- ” to są moje uda???przecież przed chwilą niee były takie wielkie!”, „mój brzuch się trzęsie!fuj,ochyda!”,” już nic dziś nie zjem,nie wolno mi!”, „balkon,cisza,ptaki…a jakby tak…wejść na tą balustradę?…”

A wtedy kiedy na chwilę uda Ci się wyciszyć szum natrętnych myśli….

Klik kliik klik!

Transmisja przerwana

Gdy kiedyś zatracisz kontakt z samoświadomością, gdy sygnał nie będzie mógł dojść spowrotem i gdy zasięg każdej komórki Twojego ciała będzie zerowy może wydawać Ci się,że nie istniejesz.

„Umarłam we własnym wnętrzu”

„Kim jestem?”

„Co chcę? Czego potrzebuję?”

„Jestem nikim”

„Jestem pusta, nie istnieję”

Bez samoświadomości jedynie takie sygnały pojawiają się na linii : umysł – własne ja. Złowieszcze granie na czekanie. Huk szkła na betonie. Pękający balon w ciasnym, pustym pokoju. Trzaskająca gałązka w suchym powietrzu, gdzieś w głębokim lesie.

Jednak nie zamartwiaj się. Gdy bieganie dookoła w popłochu,w poszukiwaniu zasięgu sieci „JA” nic nie przynosi oprócz bolesnych odcisków ZgubieniaWłasnejOsobowości. Czasem nie możemy pomóc sobie sami. Wujek google też nie przyniesie ratunku. Czasem warto zgłosić się do specjalistycznego serwisu naprawiającego przesyłanie impulsów. Warto zgłosić się do salonu przywracającego zasięg. Ja się wybrałam do punktu naprawczego. Poradnia zdrowia psychicznego/terapia indywidualna/trzecie piętro- tam gdzie w korytarzu światełko miga upiornie.

Michalina poddaje się naprawie. By odzyskać połączenie, by odzyskać samoświadomość,by nie być nieświadomą swych potrzeb i „chciejstw”, by przestać być pustą.

Przyznam,że choć chodzę dopiero jakieś 3 miesiące,raz na dwa tyg, to już pojawiła się nieśmiało jedna kreseczka zasięgu. Chucham na nią i dmucham,boję się ruszyć z miejsca by znów jej nie stracić. Powoli stąpam po ziemi,na paluszkach jak baletnica.

Jednak co się zmieniło? Skąd wiem,że jest lepiej? Cóż podczas rozmów z konsultantką z punktu pomocowego mojej sieci zdałam sobie sprawę jak dużo rzeczy projektuje na innych. Projekcja-przerzucanie na inne modele komórkowe swoich własnych wadliwych elementów oprogramowania (cech albo wyobrażeń). Choć ręce mam słabe to przy tym przerzucie jestem istnym miotaczem! Ciskam na lewo i na prawo, wysyłam wirusy swego ciała, szalony bluetooth własnych słabości.

Po tym jak w serwisie naprawczym przy pomocy specjalisty wyłapałam kilka projekcji to tak jakbym ściągneła aplikację pozwalająca namierzać i nazywać projekcje pojawiające się w mojej trochę zawirusowanej głowie.

UWAGA! UWAGA! to co powiedział wcale nie było obrażliwe! Wstrzymać agresje,powtarzam-wstrzymać agresje!

Zdumiewające jesy to jak dużo widzę kiedy jestem sama. Nie mam na kim projektować moich „wizji” i „filmów”. Sama mam ochotę robić,sprzątać,ogarniać. Kiedy jestem sama- spuszcza się ze mnie powietrze. Jakby robiła turlanko na pleckach mówiąc- oh ohhh jestem taka mała i bezradna. Zaopiekuj się mną!!!

Ile można? Ile można żyć z całkowitej zależności od innego człowieka?? Nie ważne czy chodzi o mame,tate cxy o partnera. Nie potrzebuję symbiozy! Jestem jednostką. Jestem sobą. Numero uno.

Jestem samodzieln bytem.

Koniec projekcji. Dziękuję.

Sabotażysta w moim ciele

Czasem czuję się jak niekończący się smutek. Czuję się jakbym była połownicznie. Jakbym była tylko na wpół sobą. Co ja chcę? Co tylko uważam,że powinnam więc muszę? Na co mam ochotę,ale nie jestem zdecydowana? Kiedy się po prostu waham, a kiedy czegoś się skrycie boję? Kim jestem? Czemu czuję smutek? Kiedy idę owczym pędem, a kiedy pędem swych chęci?

Czuję,że smutek się niekończy. Zawszs jest obok,blisko. Nie wiem czemu jest… Nie wiem tak dużo.

Kontakt z moimi potrzebami się urwał-straciłam połączenie,moje Ja nie zapłaciło za kablówkę. Error error.

Czy kiedyś dodzwonię się do infolinii „Uczucia i pragnienia Mili”? A czy połączą mnie z ” Prawdziwe Ja Michaliny G”?

Ale czy to właśnie tego pragnę?

Tonę we własnych projekcjach.

Sabotuję siebie.

Jestem sabotowana przez „Ja”.

Więc „ja”….. Istnieje…. Tylko gdzieś się schowało.

Akuku…?

Ciężar BMI w normie

Zaczynasz zdrowieć,waga pokazuje normalne cyfry,masz kobiece kształty i zdrowsze włosy,cerę,paznokcie.

I pojawia się lęk,strach,panika,ukłucie w sercu,ciasnota ciała. Boję się normalności,boję się tłuszczu,boję się kilogramów. Boję się braku aktywności. Ciasniejsze ciuchy- panika.

Chcę do mojego kącika chudości. Chcę czuć oparcie w swych wystających kościach.

Każdy dzień w ciele 57 kilogramowym jest karą.

Powrót

Tonę. Tonę i nic nie mogę z tym zrobić. Powoli,milimetr po milimetrze tonę. Tonę w hektolitrach obaw,zmartwień,stresów,nerwów, niepewności oraz….oraz w wyimaginowanym tłuszczu. To wszystko mnie oblepia i ściąga w swe odmenty.

Ostatnio było dobrze,było i jest o wiele lepiej. Po kolejnym chudnięciu i powrocie do bulimicznej klatki udało mi się wydostać na brzeg… A raczej nie na brzeg,a na chyboczącą się deskę,która znajduje się nad tą pochłaniającą mnie breją.

Po nawrocie stwierdziłam,że nie dam sobie radę sama. Kilka ataków,które miały mnie wyciszyć znów doszło do minimum jednego ataku dziennie.

Atak?

Przecież to nic takiego! Mogę przestać w każdej chwili. Przecież nic mi się nie stało przez te lata pierwszej bulimii,więc i teraz będzie ok!

A włosy wypadające,wyblakłe i słabe? A podkrążone oczy? A znikomy poziom odporności? A powtarzająca się chrypa i drapanie w gardle?

A to. Że nie mogłam. Przestać? A to. Że nie mogłam. Usiedzieć przy jedzeniu. Więcej niż. 10 minut?

A sny o żyganiu przy rodzicach,bliskich? To obrzydzenie do siebie? Czy to było ok?

Za bardzo przypominałam starą siebie. Za bardzo bulimiczny stał się mój umysł. Powiedziałam. Dość.

Psychiatra, leki na poprawę samopoczuucia i zmniejszenie łaknienia, terapia indywidualna.

3 marca stanełam na desce. Po za zasięgiem brei. Ale słyszałam jej ciche syczenie brzydkich kłamstw. Widziałam bąble wybuchające na paskudnej tafli choroby. Czułam jej zapach-poczucie odrealnienia,bycia nikim oraz gorzka nuta poczucia winy. Jednak dzień po dniu, tip po topie wędruje po niej. Od 3 marca.

Dziś wielka próba. W sklepie produkty zakazane przyciągają moją uwagę bardziej niż codziennie. Myśli jak cudownie byłoby jeść te truskawkowe ptasie mleczka, te rurki w czekoladzie,popić to budyniem w buteleczce.

Nosi mnie. Rośnie we mnie złość. Frustracja we mnie kipi. Skąd to? Stres? Zmęczenia? Rzucanie zbyt dużo rzrczy na raz? Zmiany?

Spadłam z kładki bezpieczeństwa i zatapiam się w mentalnym tłuszczu,nicości emocjonalnej i niemocy. Ale zatykam usta. Nie pozwalam tej mazi skazić znów mych ust. Nie pozwolę.

Robię krok w tył z innymi zmianami. Na nie czas.

Z mazi wszelkiego ochydztwa wyłania się ręka. Szczupła,zmęczona,ale silna ręka. Łapie się kładki.

Znów powstanę. Nie utonę. Nie zginę.