Po ciemnej stronie księżyca?

I stało się. Najtrudniejsza próba od kwietnia 2014 roku,od czasu gdy nie mam ataków. Rozpacz,ogólne rozbicie, poczucie,że się sypie i nie ma dla mnie miejsca. Że jestem karykaturą człowieka. Że nic nie znaczę. Że już nigdy sobie nie poradzę. Że nie zasługuję na życie. Zawiodłam już tyle razy,że każdy kolejny kop w dupe od życia,że każda kolejna kłoda na mojej drodze sprawia,że wariuje,tonę we łzach,nie widzę sensu dalszych starań. Bo po co? I tak kiedyś umrę więc jeśli nie wychodzi choć bardzo się staram to po co się w ogole starać? Lepiej położyć się i pozwolić by powoli gasło światło dnia i znowu się zapalało,znowu księżyc przeganiałby słońce i znów słońce ściga księżyc. Pozwolić by życie dalej biegło swoim rytmem,ale obok mnie. Ja bym leżała i przyjmowała rytm życia takim jakim jest. Bez ruchu,bez mowy,bez czucia.

Chcę być lekką mgiełką unoszoną przez delikatny powiew wiatru. Chcę istnieć nieistniejąc, żyć bez życia w sobie, być będąc niczym. Chcę i nie chcę. Chcę nie chcieć.

Moja próba to:
Miska czereśni,miska truskawek,4 łyżki masła orzechowego,8 plastrów chorizo,kawał ciasta z truskawkami i galaretką,resztę mięsa z obiadu,dwie kromki chleba w margarynie i 1 serek danio. Jedząc ciasto już gdzieś w środku czułam,że proszę się o atak. Ale nie przestawałam. Zjadłam połowę kwadratu ciasta i odłożyłam go. Biłam się z myślami,ale już czułam,że jestem na chodzie. I rodzice mówiący,że idą na.spacer. Dla bulimiczki to idealne warunki na zapłon. Jednak mój brat został i rodzic e się ociągali z wyjściem. Ale jednak po próbie odstawienia serka,po chwili już wiedziałam,że będę miała atak. Bolało mnie w środku, bo wiedziałam,że będę bardzo żałować. Że.będzie mi wstyd. Że zawiodę parę bliskich mi osób. Jednak nie mogłam przestać. Na tę chwilę było mi wszystko jedno. Chciałam być spokojna, chciałam czuć się dobrze,chciałam być czegoś częścią. Więc czemu nie częścią bulimi? Przez około 2 lata to była dla mnie spora część mojej osobowości. Więc czemu nie wrócić.

Rodzice zwlekali z wyjściem, a ja już cała chodziłam. Już najedzona dość nie mogłam znaleźć sobie miejsca,bo chciałam już zwymiotować. Chciałam już sobie ulżyć. W ten okropny sposób zatroszczyć się o siebie. A nie mogłam,bo rodzice byli obok. Obecność brata nie byłaby problemem. Ale rodzice to co innego.

W końcu zrezygnowana położyłam się na łóżku(na boku bo leżenie na plecach z pełnych brzuchem bywa bolesne) i płakałam. Płakałam z tego wszystkiego we mnie-emocje znów wymieszane z jedzeniem zżartym w ataku. Mama podeszła do mnie i już nie wytrzymałam i powiedziałam na głos co chciałam zrobić. Zrobiłam to,bo wiedziałam,że nie chcę ataku. Nie chcę ZACZYNAĆ od nowa. Nie chce otwierać puszki Pandory i kusić losu.

Nie zwymiotowałam choć boli brzuch,boli głowa,bolą uczucia. Lecz w końcu przestaną, a choroba mogłaby nie przestać.

Ps. I jak z większością rzeczy w teorii brzmi lepiej niż a praktyce. Pogodziwszy się z pełnym brzuchem,czując,że wygrałam,przeszłam próbę-świadomie postanowiłam sobie ulżyć I myśląc,że robię to świadomie, bez wydziwień, przy otwartych drzwiach- po prostu pozbywając się nabrzmiałego brzucha nie robię nic złego. Przyzwoliłam sobie na wymioty po odczekaniu około pół godziny.

Czy to tylko złudna dobra decyzja? Czy po prostu zwyczajny haniebny atak? Co to było? Czemu mi tak dziwnie nie wiadomo.

Łatwo by było wpaść w wir poczucia winy i obwiniać siebie,że przegrałam i zawiodłam. Ale już mam dość tego obwiniania. Chcę postąpić dojrzale i na podstawie potknięcia zastanowić się co źle poszło. By naprawiać swój świat, by naprawiać mój niesprawny mechanizm, by naprawiać sobie. Dzień po dniu. Dzień po dniu.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.