Ciężar BMI w normie

Zaczynasz zdrowieć,waga pokazuje normalne cyfry,masz kobiece kształty i zdrowsze włosy,cerę,paznokcie.

I pojawia się lęk,strach,panika,ukłucie w sercu,ciasnota ciała. Boję się normalności,boję się tłuszczu,boję się kilogramów. Boję się braku aktywności. Ciasniejsze ciuchy- panika.

Chcę do mojego kącika chudości. Chcę czuć oparcie w swych wystających kościach.

Każdy dzień w ciele 57 kilogramowym jest karą.

Powrót

Tonę. Tonę i nic nie mogę z tym zrobić. Powoli,milimetr po milimetrze tonę. Tonę w hektolitrach obaw,zmartwień,stresów,nerwów, niepewności oraz….oraz w wyimaginowanym tłuszczu. To wszystko mnie oblepia i ściąga w swe odmenty.

Ostatnio było dobrze,było i jest o wiele lepiej. Po kolejnym chudnięciu i powrocie do bulimicznej klatki udało mi się wydostać na brzeg… A raczej nie na brzeg,a na chyboczącą się deskę,która znajduje się nad tą pochłaniającą mnie breją.

Po nawrocie stwierdziłam,że nie dam sobie radę sama. Kilka ataków,które miały mnie wyciszyć znów doszło do minimum jednego ataku dziennie.

Atak?

Przecież to nic takiego! Mogę przestać w każdej chwili. Przecież nic mi się nie stało przez te lata pierwszej bulimii,więc i teraz będzie ok!

A włosy wypadające,wyblakłe i słabe? A podkrążone oczy? A znikomy poziom odporności? A powtarzająca się chrypa i drapanie w gardle?

A to. Że nie mogłam. Przestać? A to. Że nie mogłam. Usiedzieć przy jedzeniu. Więcej niż. 10 minut?

A sny o żyganiu przy rodzicach,bliskich? To obrzydzenie do siebie? Czy to było ok?

Za bardzo przypominałam starą siebie. Za bardzo bulimiczny stał się mój umysł. Powiedziałam. Dość.

Psychiatra, leki na poprawę samopoczuucia i zmniejszenie łaknienia, terapia indywidualna.

3 marca stanełam na desce. Po za zasięgiem brei. Ale słyszałam jej ciche syczenie brzydkich kłamstw. Widziałam bąble wybuchające na paskudnej tafli choroby. Czułam jej zapach-poczucie odrealnienia,bycia nikim oraz gorzka nuta poczucia winy. Jednak dzień po dniu, tip po topie wędruje po niej. Od 3 marca.

Dziś wielka próba. W sklepie produkty zakazane przyciągają moją uwagę bardziej niż codziennie. Myśli jak cudownie byłoby jeść te truskawkowe ptasie mleczka, te rurki w czekoladzie,popić to budyniem w buteleczce.

Nosi mnie. Rośnie we mnie złość. Frustracja we mnie kipi. Skąd to? Stres? Zmęczenia? Rzucanie zbyt dużo rzrczy na raz? Zmiany?

Spadłam z kładki bezpieczeństwa i zatapiam się w mentalnym tłuszczu,nicości emocjonalnej i niemocy. Ale zatykam usta. Nie pozwalam tej mazi skazić znów mych ust. Nie pozwolę.

Robię krok w tył z innymi zmianami. Na nie czas.

Z mazi wszelkiego ochydztwa wyłania się ręka. Szczupła,zmęczona,ale silna ręka. Łapie się kładki.

Znów powstanę. Nie utonę. Nie zginę.

Będąc żywiołem

Monolog,który napisałam na casting. Dobrze oddaje moje uczucia,myśli,obawy i lęki. Dobrze pokazuje jak widzę moje życie z chorobą w gorszych momentach-bez wyparcia czy oszukiwania siebie,że wszystko jest w porządku.

Czy można kochać sztorm? Mam na myśli sztorm,który roztrzaskuje fale o plaże,porty i statki. a czy można kochać trzęsienie ziemi? Zjawisko obracające wszystko dookoła w pył,jakby cały świat był zrobiony z kruchej porcelany? A tornado? powiedz czy można kochać tornado? Żywioł, który porywa wartościowe przedmioty i zabiera je daleko, daleko od domu?

A co jeśli powiem Ci, że jestem tornadem, trzęsieniem ziemi i sztormem? Naprawdę, słowo daję! Potrafię, nieświadomie rzecz jasna, zburzyć wszystko co wartościowe, rozstrzaskać fale swojego gniewu albo i porwać daleko, daleko ostatnie wartości czy nadzieje. Co więcej! Ja te wszystkie żywioły mam głęboko w sobie. One mną wstrząsają, szarpią!one mnie….one….

Proszę tylko się nie śmiej. To dla mnie bardzo ważne. Powiedz czy można kochać śmierć?wiedziałam, wiedziałam, że potraktujesz to jako żart! Ale mi już nie jest do śmiechu! Codziennie- słyszysz?! CODZIENNIE się zabijam! nie dosłownie- noża nie wziełabym do ręki! Ale zabijam się…zabijam! I codziennie udaje mi się przeżyć! ironia,iroooniaaaa!

Jestem żywiolem, zjawiskiem pochłaniającym samą siebie. Jestem cholerną królową autodestrukcji kołysaną na duszących falach sztormu, zabójczych podmuchach tornada i na wstrząsach sejsmicznych. Nie wiem już sama czy można to kochac…ale wiem jedno…choroby kochać się nie da.

Plastelinowe JA

Nikt nie obiecał,że będzie łatwo. I tak nie jest. Nikt za nas nie będzie wiedział co chcemy. Nikt za nas finalnie nie zadecyduje. To my zrobimy ostatni krok…albo jednak zatrzymamy nogę w powietrzu i pójdziemy w innym kierunku. To trudne,to tak bardzo trudne wiedzieć,że tylko i wyłącznie my możemy zadecydować o naszym życiu w momencie gdy czujemy się jak pusta skorupa,w której brakuje własnego zdania. Nie wiem kim byłam przed chorobą,nie wiem kim jestem teraz,nie wiem co chcę robić ze swoim życiem,nie wiem co czuję do mojej rodziny,nie wiem czy nie jem mięsa z ideologii czy z potrzeby przynależności do grupy,nie wiem czy chcę być zdrowa czy jednak wolę chorować. Nie wiem czy jestem gotowa przytyć choć gram. Nie wiem czy potrafię nie być chudą. Tak dużo nie wiem. A nikt mi na te pytania nie odpowie. Odpowiedzi na nie są ukryte we mnie. Wymiotując jednak ich z siebie nie wyłowię. Nie tędy droga.

Nie mogę być wiecznie plasteliną czekającą na uformowanie przez społeczeństwo. Nie chcę by mnie kształtowali inni. Jednak jak się do tego zabrać? Jak odkryć siebie? Jak przywrócić ustawienia fabryczne w swoim JA? Tak chcę być sobą…a może wcale tego nie chcę?

Wspaniała codzienność

Mimo trudnego poranka… Cieszę się życiem!

Cieszę się choćby tym,że mogę teraz spacerować po mojej dzielnicy i czuć wiatr na policzkach!

Cieszę się,że żyję! Wspominam moje życie,wspaniałych ludzi,których miałam przyjemność poznać,przeżywam w myślach niesamowite przygody,które przeżyłam. I to jest takie…cudowne!!!

Jestem,istnieję,przeżywam!

Żyję!

Poszukiwania Grala w wersji XXI wieku

Jak dużo błędów popełniamy w naszym życiu. A jak dużo popełnimy ich jeszcze w przeciągu całego naszego życia. To smutne i frustrujące,a jednocześnie tak prymitywnie naturalne i ludzkie. Czemu więc mamy na każdym kroku zastanawiać się i głowić jak możemy podjąć decyzję bezbłędnie? Tak się nie da. Jednak chyba warto się starać postępować właściwie,prawda? Postępować tak by nie ranić SIEBIE i innych. Jednak czy to jest możliwe? Czy nie popadamy ze skrajności w skrajność? Z bieguna bezbłędności na biegun bezmyślności? Czy taki przedział nie dyktuje odgórnie poprawności tylko pierwszego bieguna? Przecież tak też się nie da! Czasem chyba trzeba zaakceptować fakt,że…nie udało się,że zabłądziliśmy,że ktoś po prostu nas nie lubi i nie można tego zmienić. Aczkolwiek czy to nie stanowi wygodnej wymowki? „tak już jest,stało się i nic się nie da z tym fantem począć”.

gdzie znaleźć złoty środek? Czy taki istnieje? Oczywiście,że nie. Złotym środkiem jest bodajże elastyczność,wyczucie,intuicja.. Doświadczenie…. Święta się zbliżają,wolne,a tu tyle pracy czeka. Tyle pracy nad szacunkiem do siebie,innych i nad szukaniem Grala swojego życia.

Jestem

Źle być traktowanym przedmiotowo. A co jeśli sami widzimy w sobie raczej przedmiot niż podmiot? Czy wtedy tracimy swoje człowieczeństwo? czy wraz z szacunkiem do samego siebie ulatują z nas prawa i przywileje obywatela świata?

dziś dostrzegłam w sobie swoistą funkcję przeciętnego znaku ostrzegawczego. Otóż w zależności od punktu widzenia jestem światłem awaryjnym,znakiem stop,światełkiem przeciążenia,znakiem ewakuacyjnym,żarówką ostrzegającą przed skażeniem trującymi toksynami. Jestem ostrzeżeniem,zakazem,przestrogą,tykającą  bombą… Łatwopalnym magazynem,samozapłonem,zapalniczką,samopochłaniającym się bagnem.

Jestem ziliardem w jednym. W jednym kruchym ciele,które nie potrafi pomieścić swoich funkcji. Jestem glonojadem pochłaniającym cały syf ekosystemu,w którym żyje.

Jestem krzywym zwierciadłem,które pokazuje innym co ich niszczy i zjada. Zjadam to co innych trawi cichutko,niezauważalnie. Pokazuję w swych dłoniach co niszczy relacje innych. Niszczę siebie,ten wielofunkcyjny przedmiot,pokazując innym obślizgłego robaka nieporozumień. Moje dłonie pomieszczą zło świata,ale ciało nie jest w stanie pomieścić uczuć. Jestem przekutym balonem,z którego wyziera nabrzmiała pustka-świszczące nic. Mówię i to ulatuje wraz z powiewem nieusłuszanego bulgotu.

Jestem przedmiotem bez gwarancji. Jedyny okaz. Limitowana oferta. Wymarły produkt w zapomnianej rzeczywistości.

Jestem czy już nieistnieje?

Niebo kropiące kolorowymi żelkami

Czy można pewnego dnia obudzić się i stwierdzić,że odżyło się na nowo? A czy można tak stwierdzić po jednym ćwiczeniu teatralnym? Świat znowu mnie zaskoczył, pokazał,że nigdy nie można być niczego pewnym. To jest zarówno najniebezpieczniejsze jak i najbardziej ekscytujące w naszym zazwyczaj czarno-białym życiu. To tak jakby nagle na szachownicę wrzucić kolorowego żelka – nie pasuje ani funkcją ani kształtem czy nawet kolorem. Ale czy ten kolorowy słodycz nie przełamuje codzienności szachów? Na pewno. Co więcej zdałam sobie sprawę,że to tylko i wyłącznie od PIONKA zależy jego punkt widzenia – to czy stwierdzi,że ten żelek był najpiękniejszą niespodzianką od losu czy wprost przeciwnie,że wizyta żelka załamała cały jego światopogląd. Nie mamy wpływu na to czy jakaś niesforna słodkość nagle przełamie paletę naszego życia. Mamy jednak wpływ na to jak spojrzymy na zaistniałą sytuację i jakie doświadczenia będziemy wyjmować ze swojej życiowej walizeczki powołując się do oceny spadającego z nieba żelka.

Pytałam jednak o to czy można po jednym ćwiczeniu zmienić swój dotychczasowy punkt widzenia – oczywiście można! Wiedziałam,że teatr jest pełen magii i rzeczy,których rozum nie jest w stanie ogarnąć natomiast serce od razu wie o co chodziło. I to jest cudowne w teatrze! ta niedopowiedziana historia, to jedynie zarysowane tło wydarzeń pozwalające spontanicznie otwierać walizeczki swoich doświadczeń i wypełnić scenę swoją własną historią. Teatr potrafi sprawić,że każda osoba, która potrafi się na niego otworzyć stanie się reżyserem własnej sztuki. Teatr,teatr i jeszcze raz pasja!

Nie wierzyłam,że można tak szybko zmienić emocjonalny wydźwięk swojego życia – u mnie ta zmiana zajęła nie więcej niż 15 minut. Co najlepsze nie okazała się ulotna jak emocjonalne poruszenie sztuką. To uczucie – całkowitej wolności trwa we mnie nadal. Tak jak magik albo z mojego punktu widzenia – asystentka magika, nie chcę zdradzać ćwiczenia – to tak jakbym próbowała krok po kroki wyjaśnić mechanizm wzruszenia – sprowadziłabym to piękne, chwytające za serce uczucie do zwykłych reakcji ciała – zabiłabym całą magię, całe piękno. Procedura, automat, instrukcja zabija emocje. Trzymając ołówek w zębach zmuszamy się do uśmiechu przez co czujemy się lepiej. Może w drastycznych sytuacjach lepsze jest takie szczęście niż żadne. jednak jako idealistka sądzę,że to co wywołuje emocję jest piękne wtedy gdy coś znaczy, gdy ma jakąś wartość gdy jest żelką podarowaną przez los.

Wspomnę tylko,że gdy wchodziłam do pokoju miałam w głowie pełno zmartwień, pełno trosk, toksycznych myśli i znikome opary nadziei. Podczas ćwiczenia poczułam jakbym unosiła się na morskich falach choć w rzeczywistości ani drgnęłam. Czułam siebie całą jednocześnie tracąc czucie w nogach. Magia, chwila i deszcz żelków. Wychodząc wszystko czułam mocniej – zimno, ostre powietrze – czułam tak dużo nie mając w głowie nic. Intensywnie myślałam nie mając nic w głowie. Byłam, nie będąc w ciele tylko gdzieś daleko na zielonej łące pod różowawym niebem. To było tak cudowne uczucie. W trakcie zajęć czułam,że rozpadam się na kawałki, na maluteńkie czynniki pierwsze by potem odrodzić się na nową – z nowymi myślami, bez odczuwalnych trosk za to koszykiem pełnym nadziei. To cudowne co teatr jest w stanie nam podarować. To cudowne, że pasja potrafi budzić tak dużo emocji nie korzystając przy tym z ołówka.

To piękne,że niebo potrafi padać żelkami

Mało/dużo nas do jedzenia chleba

Myślę o chorobie. O anoreksji, bulimi. O tym co kiedyś było tak silne,a teraz czasem tylko się odzywa,a tak to tkwi uśpione w mych czeluściach.

Pamiętam jak było na początku. Gdy jeszcze nie chciałam o tym mówić. Wiedziało kilka moich najbliższych. Reszcie nie chciałam mówić. Chciałam by był to mój słodki sekret. Tylko ja wiedziałam o tym. Tylko ja decydowałam co z tym dalej się wydarzy. Tylko ja i choroba, w tokscycznej zażyłości o smaku ciastek z kremem, chleba z margaryną i goryczy żołądkowej żółci.

Myślę teraz o tych wszystkich dziewczynach,które są na tym etapie. W tej fazie fascynacji sekretem i złudnym poczuciu bycia strażnikiem klucza do niesamowitej tajemnicy. Tajemnicy na miarę kamienia filozoficznego- my chore potrafimy zjeść ciasto i mieć ciastko. Jeść co chcemy w gigantycznych ilościach i wciąż być chudym. Masz ochotę na czekoladę? Zjedź od razu 6 czekolad!zjadłbyś kromkę chleba z nutellą? Czemu by od razu nie zjeść całego bochna?(oczywiście z czekopodobnym zamiennikiem,zostaną pieniądze na inne ataki). to jest okropna pułapka, która zaciska coraz to mocniej ściany ograniczającej nas klatki.

Myślę jak dużo takich dziewczyn czyta te słowa. Ile z nich jeszcze nie jest świadomych ogromu problemu i lepkości dotykającego nas wyniszczenia. Ile z nich natomiast doskonale zdaje sobie sprawę z wadliwości planu nazwanego „niejedzenie to zbawienie” albo „żryj a nie tyj”. Ile Was tam jest kochane? Ile z Was musi przechodzić przez to słodkie piekło? Ile chowa miski z wymiocinami po szafach? Ile brudzi talerze zamiast jeść obiad? Ile przeżuwa sprezentowane ciastko i szybko wypluwa je w chusteczkę „przy kichnięciu”?

Pamiętam to wszystko. Pamiętam spuchnięte ślinianki. Pamiętam strach przed wizytą u dentysty by nie odkrył mojej kruszejącej z zębami tajemnicy.

Ile nas musi tak cierpieć sprawdzając kaloryczność czegokolwiek. Ile parę razy na godzinę sprawdza czy na pewno czuć kości przez skórę? Ile?

Jestem tu w razie potrzeby. Jestem by odpowiadać na pytania i wskazywać możliwe rozwiązania.

mila-11@tlen.pl

Zdrowiejcie kochane, żyjcie, kochajcie i dajcie się kochać.

Ktoś zamknął szklane wrota

Być uwięzioną za szkłem konwenansów. Obraz mówiący,że wszystko jest w porządku,jak zawsze. Jednak przy bliskości czuć chłód i twardość szkła. Nie móc się przebić,nie móc usłyszeć niewypowiedzianej prawdy. Prawdy Prawdy Prawdy! Tego pragnę.

Kłamstwem białym szyte relacje. Kłamstwo nieświadome,kłamstwo zawstydzone,kłamstwo niemające ranić,kłamstwo bo tak wypada- to wszystko to nieprawda.

Czy można czuć się bezpiecznie będąc z kimś w przyjaźni za szybą? Czemu coś tak niepozornego,ulotnego i niezauważalnego może sprawiać tak palący,szczypiący ból? Okruch szkła tkwi w mojej ufności. Szczypie i mami. Gnębi i nie popuszcza. Łzy wyciska i topi łódź nadziei.

Przyjaźń? Czemu gaśnie mimo takiej zażyłości? czemu coś ukrywa? Czemu nagle dzieli?

nieprawda nieprawda nieprawda.

Kłamstwa lepka nić. Zwątpienie. Rozpacz.